odebranie sobie życia czyli o tym, że mamy dwa życia …

odebranie sobie życia czyli o tym, że mamy dwa życia …

… To drugie zaczyna się w chwili, gdy zdamy sobie sprawę, że mamy tylko jedno

Ten wpis dedykuję moim cudownym Rodzicom, dzięki którym znalazłam

siłę do walki z samą sobą i narodzić się na nowo. 

 

Ten artykuł należy do tych najbardziej intymnych, wyrwany z najgłębszych zakamarków serca i duszy. Złożony z elementów, które pojawiały się w chwilach zwątpienia, kiedy szukałam promyków nadziei, aby uchwycić się pozytywnych myśli i przetrwać.

Próba samobójcza i coś dobrego, pożytecznego to oksymoron sam w sobie. Bez wyjątku. Jednak to właśnie dzięki niej odkryłam zupełnie nieznane cząstki mnie, o których istnieniu nie dowiedziałabym się nigdy, gdyby nie chęć i realizacja planu odebrania sobie życia. Tylko dlatego, że nie udało mi się jej przeprowadzić skutecznie możesz dzisiaj czytać te słowa i zrozumieć, chociaż trochę, co kieruje człowiekiem, który decyduje się na taki krok. Z kolei pobyt w szpitalu pozwolił mi doświadczyć, że nie mam się czego wstydzić. Że ludzie czasem potrzebują pomocy i należy bezwzględnie o nią prosić oraz że są momenty w życiu, kiedy wydaje się, że już nie ma wyjścia. Czytając te słowa myślisz sobie „oczywiście, że zawsze jest wyjście”! Nie do końca. Motywacja do samobójstwa to nagromadzone miesiącami czy latami kłopoty, które mimo wielokrotnych prób nie ulegają rozwiązaniu, a wręcz urastają do niebagatelnych rozmiarów. Często w miejsce rozwiązanych problemów, z którymi sobie radzimy, wpadają nowe. Jesteś w ciągłym kołowrotku. Czy biegniesz szybko, czy wolno, koło się zamyka. Z czego wynika ta sytuacja? Nie wiem. W moim przypadku wykiełkowała z chorobliwej ambicji. Ze stawiania sobie zbyt wysoko poprzeczki, do której w końcu nawet nie udawało mi się doskoczyć. Przeprowadzę Cię przez 13 punktów moich szpitalnych przemyśleń, wniosków oraz tym co kierowało mną, że znalazłam się w tym miejscu. 

 

Zacznę od powodów, które doprowadziły mnie do tego drastycznego kroku.

  • Pracoholizm (1)

Jednym z nieoczywistych nałogów mojego życia był utajony pracoholizm. Uważałam, że po prostu dużo pracuję, bo jestem pracowita i ambitna, a na moich barkach spoczywa odpowiedzialność za średniej wielkości przedsiębiorstwo, a co za tym idzie zatrudnione osoby oraz środki, które dzięki comiesięcznym wypłatom utrzymują kilkadziesiąt osób. Niestety praca tak mocno wryła się w moje życie, że przestałam zauważać cokolwiek innego. Posiłki jadałam z cateringu dietetycznego, mieszkanie sprzątała pani sprzątająca, a ja dumnie pracowałam po 12, 14 godzin. Tylko pies trzymał mnie w ryzach wracania do domu o rozsądnej porze, gdzie tak czy inaczej z powrotem zasiadałam do komputera i pracowałam do północy ogarniając excele, analizy i maile. W pewnym momencie zaczęłam przestawać nadążać za czymkolwiek więc było coraz gorzej.

Pobyt w szpitalu pozwolił mi uświadomić istnienie problemu, a także jego skalę. Przymus ciągłego szukania zajęć i czegoś robienia, olbrzymia bezsenność i rozdrażnienie. Moja historia jest trudna, łączy się z procesem odejścia od firmy oraz sprzedaży swojej części co w konsekwencji prowadziło do jeszcze większej odpowiedzialności. Kiedy znalazłam się w szpitalu zostałam bez telefonu i internetu. Odcięto mnie całkowicie od tego co mnie tutaj doprowadziło. Dopiero po miesiącu braku styczności z pracą powoli zaczęłam się wyciszać, zwracać uwagę na istniejące życie, które nie polegało na pracy. Niespiesznie, sukcesywnie moje zainteresowanie zyskały rozmowy z ludźmi, myślenie o dalekiej przyszłości w kontekście swoich marzeń, czy w końcu skupienie się na drobnych przyjemnościach tu i teraz czyli malowanki dla dorosłych, prace ręczne na zajęciach terapeutycznych czy w końcu pisanie, dzięki któremu możesz teraz czytać ten tekst. Życie poza pracą okazało się być całkiem interesujące i wciągające. W szpitalu rzadko kiedy opowiada się o rzeczywistości poza szpitalnej czy życiu osobistym – rządzą tematy codziennego funkcjonowania w otaczającej rzeczywistości, a dzięki temu łatwiej oderwać się od przedszpitalnej rutyny, zmartwień i problemów.

  • Zgubienie życia i swoich pasji (2)

Podczas ostatnich 3 lat sukcesywnie zatracałam siebie. Miesiąc po miesiącu wycofywałam swoje aktywności, które zawsze przynosiły mi radość, na rzecz pracy. W efekcie, 6 tygodni temu na dzień przed próbą odebranie sobie życia na pytanie „jakie masz zainteresowania” mogła zapaść wyjątkowo długa cisza. Nałóg jest podstępny. Zabiera życie minuta po minucie wzmacniając poczucie wyjątkowości i obowiązku zrobienia wszystkiego samemu i jak najlepiej. Czas spędzony na patrzeniu w sufit pomaga przywrócić pamięć i apetyt na życie. Przemyśleć czego by się chciało i spróbować, pod warunkiem, że wracamy do równowagi psychicznej. Szpital i ogrom wolnego czasu wymusza np. czytanie książek, rozwiązywanie krzyżówek czy samodzielne pisanie tekstów. W wyniku tego przypomniałam sobie jak bardzo lubię pisać. Inna dziewczyna „zaraziła” mnie włosomaniactwem – czyli sposobem szczegółowej pielęgnacji włosów. Interesowałam się tym kilka lat temu, natomiast zainteresowanie zastąpiła, a jakże, praca. Z pełnej półki specjalistycznych kosmetyków zostałam z jednym szamponem i przypadkowymi odżywkami. Dzięki niej wrócił apetyt na zabiegi i zadbanie o tę część mnie. Znalazłam też opis siebie sprzed kilku lat – umieściłam go wtedy na którymś portalu randkowym. Pisałam o uwielbieniu do zapachu konwalii i bzu, spacerach na Skałki Twardowskiego, Symphony Orchestrze i jodze. Gdzie się podziała tamta dziewczyna? Nie wiem, ale wyruszyłam na jej poszukiwania.

  • Alkohol (3)

Pomimo, że mój pobyt w żadnym stopniu nie był uwarunkowany alkoholem i konsekwencją jego spożywania, tutaj po kilkutygodniowym pobycie, dotarło do mnie czym jest życie w totalnej abstynencji i korzyściach z niej płynących. Dookoła bębni się, jaki alkohol ma wpływ na nasze zdrowie i samopoczucie. Dopiero tutaj, kiedy od 6ciu tygodni nie mam do niego dostępu widzę, jak cenny jest trzeźwy umysł (na tyle na ile pozwala farmakoterapia) i komfort budzenia się całkowicie gotowym do przeżycia dnia. W swoim dorosłym życiu miałam oczywiście etapy całkowitej abstynencji – choćby i 4 miesiące mojej ciąży (niestety straciłam Córeczkę i nie chcę do tego wracać do tego tematu), natomiast był to czas mocno intensywny zawodowo i eksploatujący na innych polach więc ta abstynencja była przeze mnie niezauważona. Teraz też widzę, ile w siebie wlewała. Lampka wina wieczorem, potem kolejna. Randka z drinkiem czy rozluźniające wino po ciężkim dniu. Dużo za dużo. Dziś już wiem, że życie w trzeźwości przynosi mu pewną jakość. Uważam, że nie każdego na nią stać, natomiast z pewnością warto i warto jest o to zawalczyć oraz znaleźć się w wąskim gronie czerpiącym z niej benefity jakościowego życia.

  • Nienawiść do siebie (4)

Zdrowy, poprawnie myślący człowiek zachowujący swój życiowy balans czuje się ze sobą nieźle, łamane na dobrze. Kiedy ten balans zostaje zaburzony wszystko się sypie. Przykłady? Kiedy zaczynasz pracować ponadnormatywnie podupada twój czas spędzany z rodziną i jego jakość. Kiedy podlewasz swoje życie alkoholem – cierpi na tym produktywność. Z kolei kiedy zaczynasz rozkoszować się substancjami odurzającymi – energię przeznaczoną na produktywność zjada powracanie do trzeźwości kolejnego dnia. Przykłady można mnożyć, natomiast bilans zawsze musi wyjść na 0. Kiedy popadłam w pracoholizm zaniedbywałam inne obszary swojego życia coraz bardziej i bardziej. Zaczęłam cenić siebie tylko w momencie, kiedy poświęcałam się pracy. Moje życie zaczęło przypominać grę w simsy – dokładnie tak samo obniżał mi się nastrój, energia, a nie było nikogo kto by je „załadował”. W końcu obudziłam się orientując, że bez pracy zwyczajnie jestem nikim, a moja miłość do siebie zniknęła. Przestałam się nawet lubić. Nie akceptowałam, niczego innego poza pracą, bo nie potrafiłam. To ona określała moją tożsamość, a bez niej po prostu nie istniałam.

  • Codzienna rutyna (5)

Kiedy moim życiem rządził pracoholizm powoli rezygnowałam ze wszystkim obowiązków oraz przyjemności, poczynając od społecznych, poprzez domowe i osobiste kończąc. Przestałam przeznaczać czas na spotkania towarzyskie, rodzinne, eventy i wydarzenia. Przestałam kontrolować co się dzieje dookoła mnie w kontekście życia moich przyjaciół i rodziny. W końcu przestano mnie również gdziekolwiek zapraszać czy pamiętać o mnie przy organizacji imprez. Przespałam swoją 30stkę, nie organizując nawet małego przyjęcia. Potem zrezygnowałam z obowiązków domowych i zatrudniłam panią sprzątającą. Sama odwlekałam robienie pozostałych zadań domowych popadając w prokrastynację, a gotowanie zastąpiły pudełka i zamawiane jedzenie. Zakupy dowoziło mi Glovo i był moment, w którym nie byłam w żadnym sklepie, prócz pobliskiej Żabki naprzeciw, przez okrągłe 7 miesięcy. Oczywiście, że głównym prowodyrem tego była pandemia, natomiast o lwią część tego czasu mogę oskarżać siebie. W ostatniej fazie zrezygnowałam z najcenniejszej rzeczy – z siebie. Spałam po 4 czy 5 h. Siedziałam przed komputerem do późnej nocy. W weekendy nadrabiałam zadania niezrealizowane w tygodniu. Ewentualnie leżałam w łóżku do południa nie mogąc się ruszyć ze zmęczenia, a potem chodziłam cały weekend w rozciągniętym dresie. Finał to totalna dezorganizacja i uwstecznienie każdego obszaru poza zawodowym. Moje dni przestały mieć jakikolwiek porządek i rutynę. Jedynym obowiązkiem była praca do upadłego.

W szpitalu pobudka jest o stałej porze. Potem należy posłać swoje łóżko, umyć się, ubrać. O 8 mamy śniadanie, a potem leki. Kolejno o 12 obiad, w końcu o 17 kolacja, a o 20 ostatnie leki. Ta forma dnia pozwala na powrót do codziennej rutyny. Rutyny, która pozwala zadbać tylko o siebie – ogarnąć porankiem, zadbać o stałe pory przyjmowania posiłków, po regularne branie leków. Opiekujemy się tam tylko sobą. Pozostały czas wykorzystuje się tylko i wyłącznie na siebie – terapię, rozmowy z psychologami czas wolny, zabiegi kosmetyczne jeśli ktoś lubi i ma je ze sobą, książki, a w końcu sen. Dużo snu. To odmiana, która jest kluczowa w całym procesie leczenia. Po 6ciu tygodniach na tyle się zmieniłam, by po lekturze „Fenomenu poranka” Elroda Hala praktykować codzienny poranek w 6 krokach. Budzę się dużo wcześniej, a niźli jest pora budzenia, więc praktyka nie wymaga ode mnie wysiłku w postaci wczesnego wstawania. Składa się z 6 kroków: medytacji, afirmacji, wizualizacji, ćwiczeń fizycznych, czytania i piania – zajmuje mi nieco ponad godzinę i pozwala świetnie rozpocząć dzień jeszcze przed śniadaniem.

 

Pobyt w szpitalu pozwolił mi również zaobserwować pewne rzeczy, którymi chciałabym się podzielić

  • Problemy w relacjach z rodzicami jako piętno większości dorosłych osób (6)

Zaskakujące jest to, że znakomita większość pacjentów ma problemy z kontaktami z rodzicami. Wydawać by się mogło, że takie aspekty dotykają głownie nastolatków. Nic bardziej mylnego. 20-latki, 30-latki, 50-latki czy osoby po 70, mające jeszcze żyjących rodziców, będący w tym miejscu, ma bardzo mocno zaburzone kontakty rodzinne – skala problemu jest zatrważająca. Jeśliby wybrać główny problem to jest to kłopot z nieodciętą pępowiną lub też z zaborczością i dominacją rodzica. Dzieci nie wychowuje się dla siebie, a dla świata. Jeśli w pewnym momencie jednostka nie stanie się samodzielna lub ta samodzielność nie zostanie jej umożliwiona – zaczynają się kłopoty. Największym zaskoczeniem była dla mnie 70-letnia pacjentka, która ma 90-letnią, zaborczą, toksyczną matkę, która strofuje tę kobietę jak wtedy, kiedy miała 8 lat i całkowicie ją od siebie uzależnia. Żmudnie wypracowywane przez tą panią poczucie pewności siebie po każdym telefonie matki wraca do zera. Kolejna jest nauczycielką francuskiego, przed 50, której rodzice wmówili chorobę i rozpoczęli żmudne leczenie psychiatryczne. Dzisiaj kobieta jest skrajnie wyniszczona i zatoskyczniona relacją z rodzicami i wyciętym życiorysem. Okazuje się, że nasze korzenie to jeden z kilku fundamentalnych aspektów, o ile nie najważniejszy w pomocy sobie w aspektach psychicznych.

  • Podstępność chorób psychicznych (7)

Choroby psychiczne to jedne z najgorszych możliwych chorób. W całym wachlarzu schorzeń właśnie one powodują zmianę charakteru człowieka, jego osobowości czy odrealnienie. Choroba psychiczna sprawia, że człowiek „nie jest sobą”. Każda inna nastręczająca nawet największe cierpienie przypadłość – onkologiczna, cukrzyca, przydarzające się wypadki – powodują realne, fizyczne cierpienie. Pomoc takim ludziom jest możliwa – wiedza szeroko dostępna i bez kontaktu słownego z pacjentem. W większości przypadków można postawić trafną diagnozę. Choroba psychiczna to często też choroba duszy. W zasadzie można ją określić tylko dzięki opowieściom pacjentów o zespole objawów. Celne ich nazywanie jest kluczem do skutecznego leczenia. Z wyjątkiem schorzeń tak mocno rozwiniętych, że diagnozę stawia się w wyniku obserwacji i długiej hospitalizacji. Choroby psychiczne są podstępne. Często nie wiadomo, że człowiek choruje, a jego dusza cierpi. Sami pacjenci wiedzą, że coś się dzieje, ale zgłoszenie do psychologa, a co dopiero lekarza psychiatry następuje już w zaawansowanym stadium. Plus obarczone jest dużym wstydem. Dlatego też skala czynów prowadzących do odebrania sobie życia jest tak dużo. I wtedy na tę bardzo potrzebną pomoc jest już za późno. 

 

Podsumowując to wszystko można zadać sobie dwa pytania, które zadaje większość osób, których bliskie osoby posunęły się do tak drastycznych kroków jak odebranie sobie życia. Często jest to temat tabu i nikt nie ma odwagi ich zadać.

  • Co siedzi w głowie człowieka, który popełnia samobójstwo? (8)

Ciężko wypowiadać się za innych. Sądzę, że ilu ludzi tyle historii. W moim przypadku najlepiej opisują to trzy słowa: smutek, ulga i akceptacja. Smutek płynął z faktu, że nie podołałam życiowym wyzwaniom, że mój czas i świat się właśnie kończy i że musi się skończyć. Pogłębiał, ponieważ byłam w tym wszystkim sama. Nie dzieliłam się tymi przemyśleniami z nikim bo były zbyt intymne. I fantazje o śmierci były czymś, co poza pracą przynosiło mi ulgę. Oczyma wyobraźni widziałam wszystkie swoje poniesione porażki. Sama byłam porażką. Oliwy do ognia dolewały problemy, w mojej opinii nierozwiązywalne, które piętrzyły się miesiącami i były związane, a jakże, z moim największym winowajcą – pracoholizmem. Czułam się jak w klatce, z której wypuścić mnie może tylko śmierć. Jedyną wątpliwością, która kiełkowała w mojej głowie byłą związana z myślą o moich rodzicach i przyjaciołach. Przed oczami jawił mi się własny pogrzeb, wyraźne postacie moich najbliższych. Łzy ciekły mi po policzku, jednak ten rodzaj smutku nie stał na drodze do zakończenia życia. Przecież to wszystko muszę nadal znosić sama i to piekło jest tylko moje.  Miałam nadzieję, że coś dla nich znaczę, że co prawda będzie im smutno, ale w głębi serca odczuwałam niesamowitą ulgę – ulgę, że to wszystko się wreszcie kończy. Piekło, w którego centrum się właśnie znajduję, problemy, których doświadczam. Wszystkie te rzeczy zaraz przestaną mieć znaczenie, a ja będę nareszcie wolna. Myśl o wolności, nawet tej zadanej przez śmierć, była tak krzepiąca, że powodowała silną determinację do tego co miałam niebawem zrobić. Sposób na śmierć wymyśliłam niezwykle finezyjny, wymagający przygotowań, które robiłam dłuższy czas z determinacją. Byłam w wielodniowym amoku. I mam wrażeniem, że z każdym dniem zbliżającym mnie do finalizacji planu byłam spokojniejsza, radośniejsza, rozmowniejsza. 

Nie będę tutaj go opisywać, nie chcę, aby ktoś kiedykolwiek próbował tego samego. Ominę też uczucia towarzyszące bo to zbyt intymne przeżycia.  Pewność, która mi towarzyszyła, że to jedyne słuszne wyjście była jedną z mocniejszych pewności podjętych działań w całym moim życiu. Dzisiaj sądzę, że to wszystko co się wtedy działo to amok towarzyszący ludziom w manii spowodowanej nagłym, traumatycznym wydarzeniem. Chęć poczucia tej błogosławionej ulgi była tak duża i kusząca, że wynagradzała wszelkie niedogodności. I za chwilę przecież miałam być wolna.

  • Czy samobójstwo jest ucieczką i tchórzostwem? (9)

Kiedy temat poddany jest dyskusji społecznej najczęstsza panująca opinia o samobójcach mówi o ucieczce i tchórzostwie polegającym na uniknięciu doświadczania życia. Czy tak jest? Nie sądzę. Aby przerwać swoje życie również potrzeba odwagi. Co prawda uciekamy od doczesnych problemów, jednak nie znamy przecież przyszłości, życia pozagrobowego, a może nieistnienia. Religie uczą nas o potępieniu bądź reinkarnacji i trafieniu w gorsze miejsce niż aktualne. Te wątpliwości również się piętrzą. Czy jest to tchórzostwo i ucieczka od problemów? Kiedy myślisz, że już nic cię nie spotka, bo stan w którym znajdujesz się od długiego czasu będzie trwał i trwał – nie masz innej wizji na przyszłość i zgadzasz się na tę wielką niewiadomą po śmierci z nadzieją, że będzie ci lepiej. A jeśli nie lepiej to chociaż ukrócisz sobie doczesne cierpienie. Nie myślisz o tym, że tchórzysz nie podejmując walki, bo w twojej opinii takową już podjąłeś, z pełny zaangażowaniem i poniosłeś fiasko. Tam nie ma nic dalej, nie ma dostępnych narzędzi. Po prostu jest koniec, ślepy zaułek. W dodatku wybiórczo szukasz potwierdzenia swojej decyzji i z każdym dniem utwierdzasz się, że masz świetną koncepcję na swoją przyszłość. A w zasadzie jej brak.

 

Co faktycznie, namacalnie dała mi moja próba samobójcza?

  • Bycie dla siebie dobrym i wyrozumiałym (10)

Kiedy nie udaje Ci się zakończyć życia jesteś rozczarowany sobą. Nawet to ci się nie udało. Kiedy uda się ciebie odpowiednio zaopiekować i hospitalizować dowiadujesz się, że jesteś chory i właśnie tutaj ci pomogą. Choroba uczy pokory. To co udawało nam się robić bezbłędnie i bez większej analizy myślowej, podczas niej urasta do rangi poważnego problemu. W pierwszej jej  fazie nie poznaje się siebie samego. Ospałość, opieszałość, brak precyzji. Choroba wpuszczona w szpitalne mury zaczyna dopiero teraz wychodzić na wierzch i pogłębia się bardziej i bardziej. Bo nareszcie może. Rozluźniają się kajdany domowej rzeczywistości ułomności wychodzą jak spuszczone z łańcucha. Pierwsza reakcja to złość na siebie, siłowe wymuszanie dawnej świetności. Terapeuci mówią temu stop. Z łagodnością uczą bycia dla siebie dobrym i wyrozumiałym. Dania sobie kredytu miłości. Uczą co to w ogóle jest ta miłość do samego siebie, a wtedy odkrywasz, że nie wiesz co to w ogóle było. Czasami uświadamiasz sobie, kiedy została zatracona. A przecież żeby ofiarować komukolwiek miłość trzeba zacząć od siebie. Krok po kroku uczy się na nowo delikatności w stosunku do siebie samego. Pozwala na popełnianie błędów i ułomności. Początkowo, w fazie buntu stwierdza się, że to głupie, ponieważ całe życie się od siebie wymagało. W fazie akceptacji następuje odkrycie, że najsurowszym nauczycielem byliśmy sami dla siebie i że zostanie dla siebie samego przyjacielem otwiera wiele drzwi, szczególnie do własnego serca.

  • Odkrycie prawdziwej twarzy szpitala psychiatrycznego oraz odczarowanie jego złej aury (11)

Sam szpital to specyficzne miejsce. Stereotyp szpitala, zwanym wariatkowem, mówi o przebywaniu w nim osób niezrównoważonych psychicznie, szalonych, zwanych potocznie „czubkami”, najlepiej zawiniętych w kaftan bezpieczeństwa bądź przykutych do łóżka pasami, w pokoju bez klamek. Nic bardziej mylnego. Podczas swojego pobytu poznałam fantastyczne, mądre osoby. Lekarka ginekolog, laborantka, dziennikarka, bibliotekarka, koszykarz. Emerytowana nauczycielka, kobieta w średnim wieku biegle mówiąca po francusku i realizująca tłumaczenia przysięgłe, kosmetyczka mieszkająca na stałe za granią, biegle władająca językiem niemieckim. No a w tym wszystkim pani prezes prowadząca średniej wielkości firmę. Osoby uzdolnione wokalnie, manualnie. Nagromadzenie właśnie takich osób mnie osobiście szokuje i zadziwia. Jakie możemy mieć problemy? Jeśli mamy pracę, pieniądze, znajomych? A no właśnie. Widocznie je mamy, skoro znaleźliśmy się w tym miejscu. Większą część dnia można spędzić z rewelacyjnymi ludźmi, zgłębiać naukowe tematy, grać z nimi w gry czy malować. Koncentracja na sobie, zamknięcie i separacja od codzienności pozwalają nawiązać prawdziwe, wartościowe kontakty społeczne i poznać odpowiedzi na te pytania. Każda z tych osób boryka się z własnymi strachami. Depresją, schizofrenią, dwubiegunowością, chęcią samobójstwa. Choroby te wynurzają się niepostrzeżenie biorąc w objęcia tych wszystkich wspaniałych ludzi. Dopiero tutaj, pod ścisłą obserwacją, poddane skutecznej farmakoterapii są… sobą. Opowiadają o swoich pasjach, studiach, wychowaniu dzieci. Właśnie tutaj są najnormalniejsze, ustabilizowane, bez huśtawek nastrojów (po dłuższym pobycie). Można również obserwować ich rekonwalescencję i po prostu cieszyć się nie tylko ze swojego powrotu do zdrowia, ale czysto empatycznie, rekonwalescencji każdego. Sądzę, że kilka znajomości z tego okresu zostanie ze mną na dłużej. Tutaj też odkrywamy w sobie pokłady niespożytej akceptacji. Wybaczamy sobie ataki gniewu, złości, kłótnie. Robienie afery o papierek na podłodze. Awantury o trzaśnięcie drzwiami – to wszystko uchodzi niepostrzeżenie, bo dobrze wiemy jaka jest tego przyczyna oraz, że nie jest absolutnie to agresja wycelowana personalnie w nas, a tylko wynik choroby. 

  • Ludzie pracujący na szpitalnych oddziałach psychiatrycznych (12)

O personelu medycznym krążą legendy. Pielęgniarki pijące kawę zamiast pracować, nieprzyjemne, oceniające czy wreszcie krzywdzące. Traktujące pacjenta z wyższością i bez godności. Lekarze sadyści i kolokwialnie mówiąc – konowały.

Jeśli mogłabym znaleźć miejsce na ziemi, które jest totalną przeciwnością tego opisu – to właśnie ten szpital psychiatryczny.

Swój pobyt odbywałam na dwóch oddziałach. Jednym zwykłym ogólnopsychiatrycznym, gdzie trafiłam bezpośrednio po próbie, a drugim covidowym, kiedy rozwinęła się u mnie choroba. W obydwu przypadkach personel medyczny był, nie przesadzając -cudowny. Wszystkie pielęgniarki współczujące, empatyczne. W tym miejscu nie ma miejsca na złośliwe komentarze do pacjentów, złość, fochy. Dobrze wiedzą, że należy unikać iskry, która może wzniecić ogień. Gotowe do pomocy w każdym przypadku. To co mnie zaskoczyło, to totalny spokój, opanowanie w każdym momencie. Nie ważne co się działo, krzyki, kłótnie, nieprzyjemni pacjenci – wszystkie były spokojne, nie dające się wyprowadzić z równowagi. Kontaktowe, uśmiechnięte. A ciężar ich pracy jest ogromny. Obserwacja osoby po próbie samobójczej bądź z takimi myślami jest odpowiedzialnym zadaniem, bo na barkach niesie się odpowiedzialność za czyjeś życie. Ciągłe pytania o samopoczucie, dawanie leków w każdym momencie aby ulżyć własnym strachom czy w końcu zwyczajne miłe słowo – pomimo pełnego oddziału – było naprawdę wyjątkiem wśród stereotypów i jestem za to wdzięczna.

Personel oddziału covidego zasługuje na jeszcze podziękowania oraz podziw. W dobie pandemii całą zmianę przebywają w białym kombinezonie, lateksowych rękawiczkach, oklejonych taśmą klejącą do kombinezonów, w czepkach i maseczkach. W dodatku sam oddział w połowie składa się z osób w podeszłym wieku. Tutaj sytuacja jest jeszcze gorsza, gdyż do całej gamy problemów związanych z chorobami psychicznymi dochodzi ciężkie schorzenie jakim jest covid. Obserwacja, leczenie, pomoc psychologiczna. Mimo to każdy pacjent jest wysłuchany, odpowiednio zaopiekowany, choćby jego problemy normalnym ludziom wydawały się błahe bądź kosmiczne. Lekarze, którzy cierpliwie codziennie słuchają o samopoczuciu pacjentów wprowadzając zmiany w leczeniu. To wszystko zasługuje na uznanie, a wręcz podziw. Są tu też psycholodzy, wspaniałe panie terapeutki. Pomimo ciężkich warunków pracy cały personel zasługuje na największe słowa uznania oraz podziękowania.

  • Przyjaciele i ich obecność (13)

Kiedy trafia się do szpitala psychiatrycznego są dwie drogi, którymi idą nasi przyjaciele czy znajomi. Czasem także rodzina. Pierwsza to wspierająca, w pełni akceptująca i dająca oparcie. Druga to separacja, niezrozumienie czy wręcz angielskie zniknięcie z życia. Takie sytuacje jak ta głęboko weryfikują faktyczną przyjaźń. Często stajemy się zupełnie zależni od osób na zewnątrz. Pranie, podrzucenie potrzebnych rzeczy, czy chociaż wspierająca rozmowa. W moim przypadku doszła też opieka nad moim psim misiem. Czasami fakt, że ma się do kogo napisać smsa, zadzwonić. Wygadać nie chcąc słuchać złotych rad. To trudne zadanie i po takich wydarzeniach po prostu wiesz kto jest twoim przyjacielem.

Z tego miejsca jestem wdzięczna Monice, Iwonie, Magdzie, Kasi i Żanecie. Kolejność przypadkowa. Dziękuję Wam za wiadomości, telefony, wysłuchiwanie o moim samopoczuciu i Waszą realną troskę. Dziękuję, że jesteście.

Ostatni podpunkt chciałam poświęcić najważniejszej zmianie w moim życiu i dwóm konkretnym osobom:

Moim Rodzicom.

Próba samobójcza pozwoliła na naprawienie relacji z moimi Rodzicami i uzmysłowienie sobie mojego znaczenia w ich życiu. Relacje rodzinne każdego z nas bywają różne. Sama zawsze byłam osobą bardzo silną, dominującą, ambitną. Jak wyżej napisałam – wzięłam na swoje barki tak dużo, że z trudem poruszałam się do przodu. Ciągły bieg, telefony powodowały, że wpadałam do domu rodzinnego na krótką chwilę, kawę, obiad, ciągle z nosem w telefonie. Nagromadzenie myśli i spraw nie pozwalało mi się skupić na odwiedzinach. Po czym zbierałam się i wracałam do domu pracować dalej. Było mi bardzo trudno, ale zdawałam się tego nie zauważać. Nie chciałam również przyznać się Rodzicom, że mam za dużo, że odpowiedzialność mnie dociska. Ale oni wiedzieli, znali mnie przecież jak nikt.

Kiedy moi Rodzice uświadomili sobie, że mogą mnie stracić, a ja uświadomiłam sobie, że mogłam stracić ich, stali się dla mnie niesamowitym wsparciem. I są nim po dziś dzień. Mama jak i Tata dzwonią do mnie codziennie. Pytają jak się czuję, jak spałam, czy jadłam, i kiedy w końcu wyjdę. Proste pytania, które tak długo nic nie znaczyły w moim życiu. Ich obecność, wsparcie, zaangażowanie – wszystko to daje mi energię do odzyskiwania straconego życia. Codziennego budzenia, uśmiechu i patrzenia w przyszłość dalszą niż jutro. Myślę, że Rodzice nie wiedzą jak wiele dla mnie znaczą, bo wcześniej nie umiałam tego przekazać. Ale bardzo ich kocham i są moimi najważniejszymi osobami w życiu. Mam nadzieję, że obydwoje przeczytają te słowa wyciągnięte z głębi duszy. Zdali trudny egzamin wsparcia dziecka kiedy ono usilnie próbuje przestać żyć.

 

Dziękuję Wam za Wasze gorące serca, wsparcie, dobre słowo i Waszą Miłość.

Dzięki Wam radzę sobie tak dobrze.

Kocham Was i dziękuję.

 

About Today

Page with Comments

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.