O starości, która się Bogu nie udała

O starości, która się Bogu nie udała

Często, wręcz wyświechtane jest powiedzenie o starości, która się Panu Bogu nie udała. Na tyle, na ile nie wnikam o dokładnie jakim Bogu czy bogu mówimy – z pewnością tym, który zgadza się na zostanie starym człowiekiem.

Kolorowych czasopismach oglądamy parę staruszków spacerujących jesiennym parkiem z feerią barw opadających liści. Najczęściej z hollywoodzkim uśmiechem, ujęci pod rękę. Kolejnych oglądamy w reklamach ubezpieczeń na życie – tylko 99,99 miesięcznie za gwarancję wypłaty 4000 zł zasiłku pogrzebowego, aby „rodzina nie miała problemu”. Mogłaby, tak wyliczać kolejne szczęśliwe obrazki promiennej jesieni życia. A w czasie, kiedy to robię jakaś starsza osoba potrzebująca ciągłej opieki zasila domy opieki, gdzie do obsługi 30 schorowanych seniorów przypada jedna pielęgniarka.

Do tego wpisu skłoniło mnie, a jakże, ponownie samo życie i to takie z pierwszej ręki, doświadczone najmocniej jak się da. Czasem mam wrażenie, że cała moja próba samobójcza, osoby, które spotykam, przypadki, których doświadczam to większa lekcja a niżli może się wydawać. Kiedyś, kiedy to wszystko się już skończy podsumuję te całe, kosztowne korepetycje, na które wysłało mnie życie.

Wracając do tej lepszej i gorszej starości. A może nie ma lepszej i gorszej i jest tylko starość? Ten artykuł piszę spoglądając w szpitalną, przezroczystą szybę drzwi oddzielających mnie od korytarza oddziału geriatrycznego jako pacjentka rzecz jasna. Może nie wydawać się to takie oczywiste natomiast w dobie covidowego szpitalnictwa powinnam się cieszyć, że mam jakiekolwiek miejsce w szpitalu.

Na tutejszym oddziale znajduję się od wczoraj, kiedy to pozytywny test przeprowadzony na oddziale 5b, pacjentki przebywające w kwarantannie zmusił do obowiązkowej izolacji. Z racji panujących tam warunków sanitarnych niemożliwych do spełnienia w jej trakcie zostałyśmy przeniesione na stworzony tymczasowo oddział covidowy, przearanżowany z oddziału geriatrycznego. Nie wiem czy wynikowa dużej ilości starszych osób jest skorelowana z tym faktem, czy faktycznie ich brak odporności sprawia, że jest tu ich aż tylu. Do tego podstawowa budowa oddziału, choćby i wspomniane drzwi, które nie pozwalają na żadną prywatność czy w końcu budowa łazienek i pryszniców, a ż po zapach, a właściwie smród ciągnący z się owych łazienek – ciągle przypominają o tym, że miejsce służy starszym osobom.

Oczywiście, że w takim miejscy spotykamy same schorowane osoby, w końcu to szpital. Ale dzięki temu mam sposobność pochylić się nad tym faktem. Chcę poruszyć historię trzech seniorek, które niejako mną wstrząsnęły.

Pierwsza to historia Dorotki.

Pani Dorota to na oko 80 letnia pacjentka. Przypominam sobie ją sprzed jakichś 3 tygodni, kiedy ubrana schludnie przechadzała się korytarzem oddziału 5b trzymając się poręczy. Niestety choroba tak szybko postąpiła, że 3 tygodnie później z trudem poruszała się o balkoniku. Kiedy przypisana była do innego pokoju nie stanowiła żadnego kłopotu, ktoś ją prowadzał pod rękę, pielęgniarki pomagały w toalecie czy w końcu same pacjentki poczuwały się do obowiązku lub zwykłej ludzkiej życzliwości pomóc pani Dorocie. Odnosiłam wrażenie, że kobieta już słabo łapie kontakt z rzeczywistością. Miała dosyć bełkotliwą, powolną mowę i poruszała się tak jak mówiła. Niestety w dobie kwarantanny na skutek przegrupowań pani Dorota trafiła do naszego pokoju. Początkowo wraz z koleżanką zarzekałyśmy się, że nie będziemy jej pomagać, bo same mamy swoje problemy. Przyznaję, niedojrzałe, wręcz dziecinne zachowanie, wynikające z faktu, że miałyśmy pewność, że pani Dorota będzie ciągle prosić o tę pomoc.

Leżałam na swoim łóżku i kiedy przeszedł mi infantylny foch widziałam jak pani Dorota próbuje przetoczyć się przez łóżko, wspierając się o odjeżdżającą szafkę. Jakież było moje zdziwienie, że ta kobieta wcale nie prosiła o pomoc, mimo, że widocznie jej potrzebowała! Wtedy oczom mojej wyobraźni ukazała się, a jakże, moja ukochana babcia, która ostatnimi czasy potrzebowała pomocy w bardzo podobnym zakresie. Wtedy jakby rażona piorunem wyobraziłam sobie również, że trafia do szpitala i ląduje w takim samym pokoju z dwoma niedojrzałymi 30 letnimi pannicami. Złość, która we mnie wezbrała na te leniwe dziewuszyska zagotowała mnie samą. Wstałam, podeszłam do pani Doroty i zapytałam, czy jej pomóc – powiedziała, że potrzebuje się przesunąć. Wobec tego podkuliłam jej nogi i pomogłam znaleźć się na materacu w bezpiecznej pozycji. Zapytałam czy jej coś podać, może herbaty – odmówiła za to bardzo grzecznie podziękowała za pomoc. Koniec. Żadnych potrzeb więcej.

Wróciłam na swoje łóżko i zaczęłam się przyglądać jej poczynaniom. Wzięła mandarynkę, która była w zasięgu jej rąk i niezgrabnie, trzęsącymi się dłońmi próbowała wydobyć owoc spod skórki. Wydawać by się mogło, że jest zmieszana faktem, że jej nie idzie, mimo, że jawnie nikt na nią nie patrzył. Potem poczęstowała się herbatnikami, niezgrabnie poprawiła koc i pogrążyła się w rozmyślaniach, a może ucięła sobie drzemkę.

Długo nie mogłam przestać o tym myśleć i wstydzić się sama za siebie myślami, które spowodowały niechęć do pomocy starszej pani, póki nie porównałam jej do swojej babci. Może zabrzmi to brutalnie, ale na palce ciśnie mi się znane powiedzenie „śmierć jednostki to tragedia – tysięcy – statystyka”.

Druga historia pochodzi już z omówionego wcześniej tu szpitalnego korytarza wcześniejszej geriatrii. Dobry dzień musiało nam zająć przyzwyczajenie się, że staruszkowie przechadzają się korytarzem robiąc czasem dziwne, niewyjaśnione rzeczy. Kiedy zostawiłyśmy uchylone drzwi do pokoju wsunęła się kobieta, na oko również 80 letnia lub więcej. Blada, z wielkim, błękitnymi oczami i siwizną pokrywającą każdy włos. Nie wiem czego szukała, ale ewidentnie jej kogoś przypinałam, gdyż bardzo mocno wpatrywała się we mnie, ale nie mogła wydusić słowa. Jej błędne spojrzenie przyprawiało mnie o dreszcz, gdyż nawet nie mrugnęła. Grzecznie pomogłam jej wyjść na zewnątrz i zamknęłam drzwi. Kolejnym razem, kiedy chciała wejść do pokoju, inna, nieco bardziej dziarska i z pewnością w logicznym kontakcie pani ujęła ją pod rękę i zawile coś tłumaczyła. Wyszłam wobec tego z aby zapytać, czy mogę jakoś pomóc, ponieważ moja konsternacja wzrastała z każdą sekundą. Młodsza pani wytłumaczyła, że Lucynka, bo tak miała na imię Błękitnooka, możliwe, że będzie pytała mnie czy jestem Krysią i czy przyleciałam z Ameryki.

W jednej chwili zrozumiałam Lucynkę i zastanawiałam się co jest dla niej większe – nadzieja, że Krystynka stoi przed nią czy rozczarowanie, kiedy okazywało się, że kobiety przed nią nie są.

Trzecia opowieść wiąże się z powyższą, panią Gosią. Moje wnikliwe oko znów przyglądnęło się personie. Na oko 65, może 70cio letnia niewysoka kobieta, z widoczną zrobioną trwałą na krótkich włosach. Dziarska, wesoła i do rany przyłóż dla każdego pacjenta. Tańczyła między starszymi współtowarzyszami to z serwetką ocierając im usta, donosząc herbatę czy pomagając przejechać wózkiem. W mojej głowie zrodziło się pytanie – cóż sprawia, że taka osoba jest na takim oddziale? Na odpowiedź nie trzeba było czekać dłużej niż do kolacji. Okazało się, że pani Gosia wręcz obsesyjnie pomaga wszystkim pacjentom i niestety jest to kłopot dla całego personelu. Wyręczając najbardziej nieudolnych – szkodzi im odbierając możliwości rehabilitacji. Podając herbatę na skinienie palca najciszej mówiącym powoduje, że zamykają się w sobie jeszcze bardziej. W końcu sama pada ofiarą obsesyjnej chęci pomocy innym, aby czuć się ciągle potrzebna. Na skutek zwracanej uwagi wpadała pierwotnie we wściekłość, a potem w przygnębiający skutek.

Co łączy te trzy historie prócz miejsca, w którym się toczą? Ogromny, ściskający serce smutek. Że ta, często nawet wieloletnia starość pozwoliła ludziom samodzielnym, dumnym, posiadającym sprawczość nad swoim jestestwem odebrać zwykłą, potoczną godność człowieka. Sprawiła, że ci silniejsi, sprawniejsi, lotniejsi spoglądają na ciebie z góry. A ty tam w środku przecież nadal jesteś sobą. Jesteś Dorotą, która z lekkością przemyka korytarze i obiera mandarynki do ciasta. Lucyną witającą swoją córkę, która przyleciała zza oceanu z wizytą. Małgorzatą potrzebną, pracowitą i przez wszystkich uwielbianą.

I tak sobie myślę, że mimo, że Bogu wszystko cudownie wyszło spod sprawczej ręki tak ta starość to wybitnie się nie udała.

About Today

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.