O miłości, która żyje chociaż nigdy nie będę mogła jej utulić.

O miłości, która żyje chociaż nigdy nie będę mogła jej utulić.

Wiele razy myślałam o tym blogu.

Ostatni wpis opublikowałam ponad 3 lata temu. 3 lata, w ciągu których zmieniło się wszystko. Zmieniłam miejsce zamieszkania, znajomych, pracę. Przede wszystkim zmieniłam się ja. Wiele osób odeszło z mojego życia. Wielu wyrzuciłam sama. W ich miejsce pojawiły się nowe. Wartościowe. Pojawiło się wiele artykułów zapisanych na brudno lecz nigdy nieopublikowanych. Pamiętam odzew jakim reagowaliście na moje wpisy. Komentarze, że pomogłam Wam ruszyć z miejsca, spojrzeć na życie inaczej, bardziej optymistycznie. Przez pierwszych 6 miesięcy otrzymywałam pytania – kiedy ukaże się coś nowego. Powrót do pisania wyobrażałam sobie w zupełnie innym stylu i okolicznościach.

Dzisiaj powracam nie mogąc sobie znaleźć miejsca i szukając wsparcia. Szukając miejsca, w którym schowam swój ból i cierpienie. A może miejsca, które pozwoli mi go nieco załagodzić?

Przez te ostatnie kilka lat moje życie pędziło. Na swojej drodze napotkałam wiele szans, które wykorzystałam. Chwytałam każdego napotkanego byka za rogi i dosiadałam go aby zdobywać kolejne zamierzone szczyty. Było trudno, a bywało jeszcze trudniej. Czym trudniej tym smak wylanego potu był słodszy. Przez wiele miesięcy w mojej głowie miałam wyryte słowa piosenki Lady Pank Wspinaczka:

„Przepięknie jest i tylko tlenu mniej…”.

Do pewnego dnia kiedy zmieniło się wszystko.

Dzień był pochmurny. Od kilku dni czułam się nieco gorzej. Byłam rozdrażniona, bardziej nerwowa. Chociaż od kilku miesięcy nie było to żadne novum. Ciągle pracowałam dając sobie minimalny czas na wypoczynek. Jednak niedawno spędziłam tydzień nad morzem więc w zasadzie powinnam jeszcze dobry kawałek czasu czuć się wypoczęta. Na myśl przyszły mi ostatnie spotkania z mężczyzną, w którego objęciach spędziłam trochę czasu. Znajomość miała być luźna, niezobowiązująca. Nie widzieliśmy się też od dłuższego czasu.

Dla uspokojenia własnych myśli poszłam do apteki po test ciążowy. Wróciłam do domu i od niechcenia postąpiłam według wskazówek. „Jeszcze chwila i będę pewna, że wszystko w porządku”. Wylałam kilka kropel na patyczek. Międzyczasie zadzwonił telefon. Odłożyłam test i zajęłam się rozmową. W ferworze rozmowy zapomniałam o nim. Po rozmowie usiadłam przed komputerem ogarniając zawodowy pożar. Wysyłając maila dotarło do mnie, że przecież patyczek czeka na mnie w łazience… Poszłam do niej, zgarnęłam go z umywalki i zamarłam.

Przed oczami miałam dwie kreski. Jedna mocna, druga blado różowa.  Czułam jak krew odpływa z części dystalnych i ciemnieje mi w oczach. Testy się mylą. Na pewno. Poszłam do apteki na przeciw po kolejne dwa aby wykluczyć pierwszy. Tym razem patrzyłam jak pasek namaka. Pierwsza kreska robi się mocno różowa. Sekundy trwają godziny. Czekam. Czekam. Czekam. Na pasku lekko różowi się druga kreska…

Druga kreska jest różowa.

Nie wiem co wydarzyło się przez kolejne godziny. To nie mogła być prawda. Nie planowałam tego. Moje życie nie było gotowe na zajęcie się kimś. Ledwo ogarniam swoją rzeczywistość, a co dopiero dziecko.

Kolejnego dnia zjawiłam się w punkcie pobrań aby zrobić test z krwi. Po południu odebrałam wyniki, które miały wszystko potwierdzić. I tak też się stało. Teraz musiałam o tym powiedzieć ojcu mojego dziecka.

Relacja z nim od początku była trudna. Wiadomość o dziecku zwaliła go z nóg. Nic dziwnego, mnie też. Nie tylko nie planowaliśmy tego ale i nasze życia nie były na to przygotowane. Kilka dni później spotkaliśmy się by porozmawiać. Przed spotkaniem czułam jak nogi mi miękną i o mało nie zawróciłam ze spotkania. Co innego mogłam powiedzieć mężczyźnie, z którym nie byłam w związku niż powtórzyć, że będziemy Rodzicami? Czego się spodziewać po osobie, której się w zasadzie nie zna…

Długo rozmawialiśmy. Obydwoje zaskoczeni, niepewni, zdziwieni. Jednak dojrzali i odpowiedzialni. A było przecież już za kogo.

Kolejne tygodnie zbliżały nas do siebie. A mnie życie uczyło pokory. Od teraz każda rzecz, której się podejmowałam w tle miała pytanie „czy to dobre dla tej osóbki, która we mnie rośnie?”. Nie jestem przykładem matki polki. Dużo pracuję, mało śpię, piję hektolitry kawy. Denerwuję się i często trzaskam drzwiami. Od teraz trzaskałam nieco lżej, kawę robiłam przez pół, a rankiem starałam się ukraść chociaż pół godziny snu kosztem kreski na oku.

Czas mijał. W moim życiu odpowiedź była jedna, ale pytań coraz więcej. Mimo to bardzo szybko niepewność zamieniła się w radość. Nie było łatwo. Rozdrażnienie, ciągłe mdłości i osłabienie nie pomagały. Sądzę, że to był znak abym zwolniła. Zatrzymała się nad tym co jest naprawdę istotne i co ma sens. Zmianę mojego zachowania dostrzegłam nie tylko ja sama ale i moje otoczenie.

Coraz częściej w mojej głowie świtała myśl „jestem Mamą”.

Codziennie dotykałam swój brzuch. Gładziłam się po nim zasypiając. Rozmawiałam z moją Fasolką. Zaczęłam miewać dziwne zachcianki. Tak często przywoływane anegdotyczne ogórki były faktem. Ogórki, śledź i czekolada.

Myślę, że jakieś dwa tygodnie po wieści życia przyszła z mojej strony pełna akceptacja. Z Tatą Fasolki poznawaliśmy się coraz lepiej. Sporo rozmawialiśmy układając różne scenariusze. Daliśmy sobie czas i to było w tym wszystkim najlepszym rozwiązaniem.

Moje kobiece serce pokochało bezgranicznie Istotkę, która z dnia na dzień rosła. Kiedy pierwszy raz od mojej przyjaciółki usłyszałam „brzuszek Ci się zaokrąglił!” popłakałam się. Z radości. Zaczęłam dostrzegać małe radości dnia codziennego. Szklankę soku pomarańczowego. Zapach truskawek w październiku. Spacery z moim psem. W małych sprawach znajdowałam dla siebie przyjemności i radość dnia codziennego. Oczywiście piętrzyło się wiele problemów na horyzoncie. Choćby i moje życie zawodowe. Jednak były momenty w ciągu wieczora kiedy byłam tylko ja i moja Fasolka. Przeglądałam strony z ubrankami, szukałam dziecięcych kokardek i inspiracji na pokój. Wieczorem słuchałam muzyki kładąc jedną słuchawkę na brzuchu. Chciałam Fasolince przekazać miłość do muzyki. Cudowne uczucie.

W tle rozwijała się moja znajomość z Tatą Maleństwa. Okazywaliśmy sobie coraz więcej czułości. Uczyłam się coraz więcej cierpliwości, pokory. Z jego strony otrzymywałam ciepło i wsparcie. Uwielbiałam kiedy trzymał mnie za ręce, przytulał i tak sobie trwaliśmy. Ja, On i nasza Fasolka. To były jedne z ważniejszych i cudowniejszych chwil ostatnich lat. Nigdy nie zapomnę momentu kiedy podszedł do mnie od tyłu, przytulił i położył dłonie na brzuchu, przekornie pytając „to to?”. Wtedy czułam jak bardzo wszystko jest dobrze.

Nadszedł czas badań i pierwszego USG. To co ukazało się na monitorze pokazywało najpiękniejszy obraz świata. Rączki, nóżki, paluszki…. główka i zadarty nosek. A kiedy usłyszałam bicie serduszka rozpłakałam się z radości.

Czas mijał. Zastanawiałam się kiedy przekazać wiadomość rodzicom. Jeszcze chwila i miały być Święta. Cudowny prezent pod choinkę. W mojej głowie zrodził się plan.

I nadszedł wtorek. Od dłuższego czasu czułam się nieźle. Miałam energię do działania. Jednak ten dzień był kryzysowy. Dla uspokojenia pojechałam do swojej pani doktor. Zrobiła badania, na pierwszy rzut okna wszystko było dobrze, Otrzymałam spis badań, zalecenia i miałyśmy się zobaczyć kolejnego dnia. Tak też się stało – dobę później zjawiłam się z wynikami. Nie były zbyt dobre. Pani doktor poinformowała mnie, że możliwe, że będę musiała leżeć. A na pewno znacznie zacząć się oszczędzać. Otrzymałam leki i z drżącym sercem wróciłam do domu. Czułam niepokój, lęk, nie mogłam spać.

Dwa dni później moje samopoczucie było bardzo złe. Po kilku godzinach znalazłam się w szpitalu. Niestety naszego Serduszka nie udało się uratować. Po wszystkim leżałam na sali otępiała. Nie mogłam uwierzyć w to co się stało i nie dopuszczałam takiej myśli do siebie. Nie wiem też co działo się dalej. Pamiętam, tylko, że dziecięcy płacz sprawił, że wypisałam się ze szpitala na własne żądanie. Dałam znać Tacie Fasolki że go potrzebuję, a przyjaciółka odebrała mnie ze szpitala.

Nie wiem ile czasu minęło. Pamiętam, że tulił mnie przez pół nocy, ocierał łzy i po prostu był. Był zimny, deszczowy, brzydki piątek. Nie wiem jak minęła sobota. Niedziela. W poniedziałek poszłam obolała do pracy. Byle nie myśleć i nie czuć. Problemy, które zwaliły się na mnie od 8 rano były błogosławieństwem. I są nim od 2 tygodni. Moje serce w części umarło. Razem z małą Istotką, którą pokochaliśmy nad życie. Święta, które nadchodzą będą moimi najsmutniejszymi świętami. Czas narodzin dzieciątka i czas odejścia mojego dzieciątka.

Dzisiaj piszę ten tekst aby choć trochę złagodzić swój ból. Wylać żal i tęsknotę. Wyrazić cierpienie. Jest mi tak bardzo tęskno, że zamykam niemy krzyk w sobie. Nie ma Cię dzisiaj Córeczko z nami. Nie dane Ci nas poznać. Ale ja Ciebie poznałam. Miałaś bezpieczne miejsce pod moim sercem. Wiedz, że zawsze będziesz częścią naszego serca. Nie dane mi dzisiaj Cię do niego utulić więc tym większy mój ból i puste ramiona.

Słoneczko, moja Miłości, dziękuję Ci, że rozjaśniłaś kilka miesięcy naszego życia. Pokazałaś prawdziwy sens życia. Dziękuję Ci, że dzięki Tobie mogłam się zmienić.

Córeczko, Zosiu, do zobaczenia.

About Today

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.